Trasa

KARAIBY - "Szlakiem Pina Colady"

Termin 06 - 20.11.2010

Wspaniały klimat: w styczniu 28-30 st. C, świetne warunki do nurkowania, woda w kolorze szmaragdu - przezroczysta, w głębi lądu urzekająca, bujna, soczysta, tropikalna zieleń, wodospady i czynne wulkany. Tu - na St. Vincent, w urokliwych zatoczkach nagrywano Piratów z Karaibów. Spędzimy noc w jednej z nich (Walilabay).

 

Kultura: oryginalna muzyka - soho i calypso (zbliżona do b. znanego nam reagge, które jednak pochodzi z Jamajki), kuchnia - owoce morza. Ceny zbliżone do polskich - zależnie od kieszeni, można wydać b. dużo w eksluzywnych restauracjach lub znacznie mniej, korzystając z lokalnych barów. Poza Martyniką funkcjomuje USD i ECD. Za 1 USD mozna otrzymać ok.2,67 Eastern Carabean Dollars

 

Komentarz znajomego, który na Karaibach w styczniu spędził 2 tyg. na pokładzie mojego katamaranu, a teraz wrócił z majówki w Chorwacji: "Adriatyk, Chorwacja - piękna, ale to jednak nie to co Karaiby"

 

 

Pina Colada- b. popularny w regionie drink - istotny wkład karaibskich barmanów do światowej kultury spożywania wzmocnionych napojów. Skład: rum - polecam SUNSET, biały - very strong, mleczko kokosowe, a najlepiej oryginalny - cream of coconut o konsystencji galaretki; sok ananasowy; lód.

 

Orientacyjna trasa :

Dzień 1: Zaokrętowanie
Dzień 2: Martynika - Rodney Bay (St.Lucia)
Dzień 3: Rodney Bay - St. Vincent (55 Mm)
Dzień 4: St.Vincent - Bequia (10 Mm)
Dzień 5: Bequia - Moustique (10 Mm)
Dzień 6: Moustique
Dzień 7: Moustique - Canouan (10 Mm)
Dzień 8: Canouan - Mayreau (5 Mm)
Dzień 9: Mayreau - Tobago Cays (5 Mm)
Dzień 10: Tobago Cays
Dzień 11: Tobago Cays - Union (5 Mm)
Dzień 12: Union - St.Vincent (35 Mm)
Dzień 13: St.Vincent - Marigot Bay (St. Lucia)
Dzień 14: Marigot Bay - Martynika
Dzień 15: Wyokrętowanie

 

Szlakiem Pina Colady (1) - gawęda

W Styczniu i Listopadzie z Paryża wylatuje na Martynikę każdego dnia kilka potężnych ‘jetów’. Zabierają one na pokład po ok. 500 pasażerów. Nie ma mowy, aby z dnia na dzień zdobyć miejsce na pokładzie. Coraz częściej wśród rzeszy turystów ciągnących na Karaiby. można spotkać Polaków. Jesteśmy ludkiem ciekawym świata, a do tego mobilnym, co pozwala nam docierać w najbardziej interesujące jego zakątki. Bez wątpienia, Antyle to jeden z nich. Oto hasła, które każdy chyba zna: Kolumb, Jack Sparrow i jego ludzie, rum, gorące rytmy: rege, calypso i soho, palmy i piaszczyste plaże, tropikalne lasy, dla tych co wolą spędzać czas pod wodą – fantastyczne rafy koralowe.

Martynika to departament zamorski Francji, a więc Europa. Ale zdecydowanie różniąca się od tej kontynentalnej. Już zazdroszczę Francuzom mądrych rządów, które potrafiły zachować ten kawałek ziemi. Lądujemy w Fort-de-France. Jest styczeń, środek nocy tymczasem po wyjściu z budynku lotniska obejmuje nas przyjemna fala ciepłego powierza. Temperatura 26 st. Celsjusza. I tak będzie przez dwa tygodnie – do 30 stopni w dzień. Ale za sprawą pasatów w żadnym razie nie jest to uciążliwe, a nawet wręcz odwrotnie. Tymczasem w Warszawie śnieg i – 17.

Z lotniska przemieszczamy się busikiem do portu w Le Marin. Podróż trwa ok. 40 min. Pierre – kierowca, o zdecydowanie afrykańskich korzeniach, chętnie odpowiada na nasze pytania. Interesują nas nie tylko historia wyspy i ludzie tu mieszkający, ale też sprawy bardziej praktyczne jak wartość nabywcza euro, gdzie zrobić zakupy niezbędne na rejs. Le Marin to niewielkie miasteczko przyklejone do mariny, a tu oczywiście las masztów. Jachty przeróżnej klasy i rozmiarów. Niełatwo znaleźć w tej gęstwinie nasz - Belize 43. I znowu pomocny okazuje się Pierre. Po zaokrętowaniu i szybkim prysznicu idziemy spać, jutro czekają nowe wrażenia. Odprawa, zakupy no i najważniejsze – wyjście w morze.

 

 

Rodney Bay (2)

Pobranie dokumentów i odprawa przebiegły sprawnie. Ludzie przychylnie nastawieni do turystów, wszak z nas żyją. W czasie, gdy z kolegą załatwialiśmy niezbędne formalności załoga udała się do sklepu, czy jak się teraz mówi marketu, średniej wielkości. Wszystko czego potrzebowaliśmy do szczęścia: wodę, środki czystości, produkty śniadaniowe, owoce egzotyczne: mango, avocado, granaty oraz bardziej nam znane warzywa: pomidory, ogórki, cebulę bez problemu nabyliśmy drogą kupna płacąc żywą gotówką (euro). Można płacić kartą. Ceny nie są porażające.

No i wreszcie oddajemy cumy. Kurs: St. Lucia. Wyspa jakoś pomijana w wyprawach Kolumba, a polecana z uwagi na zachowane piękne miejsca jak np. bardzo charakterystyczne dwa strome szczyty: Petit i Gros Piton. Wystrzeliły w niebo na ponad 2 tys. stóp. Warto tez odwiedzić siarkowe źródła co czynimy w drodze powrotnej jak i stolicę Castries z typowym dla kultury regionu bazarem.

Mamy do pokonania ok. 30 mil. Wieje przyjemny pasacik -10-12 knotów, który sprawia, że zupełnie nie odczuwa się 30 stopni Celsjusza. Widoczki, jeśli ktoś odwiedza Chorwację, jak na razie podobne, wyspy dookoła, trochę bardziej zielone. Uderza natomiast kolor wody, trudno precyzyjnie określić: błękit, lazur to czy szmaragd….

Kotwicę rzucamy w Rodney Bay. Zatoczka chętnie odwiedzana przez żeglarzy. Nazwa pochodzi od nazwiska majora angielskiego, który ze wzgórza, przy pomocy armat kontrolował w XVIII wieku pobliskie wody. Na sąsiednim szczycie, jeszcze po drugiej wojnie światowej pracowały amerykańskie stacje radiolokacyjne. Wchodzimy tu i tam, aby podziwiać piękne okoliczności przyrody.

Wallilabou (3)

Skok do zatoki rozsławionej przez piratów z Karaibów był długi. Ponad 50 mil. Na St. Vincent otarliśmy pod wieczór. Często można usłyszeć, że to Czarna Perła Karaibów. Z brzegu zatoki dochodzą dźwięki muzyki charakterystycznej dla tych wysp wydawanej przez różnej wielkości metalowe bębenki. Miejscowi podkreślają z naciskiem, że to nie regge, to calypso lub soho. Jesteśmy na szerokości 13 stopni, setki mil na południe od wyspy Boba Marleya.

Kotwiczymy w tawernie, która „grała” w znanym serialu o piratach. Rozpoznajemy wiele rekwizytów. Kelnerka od niechcenia rzuca, że ja zajmuję krzesło, na którym zwykle siadywał Jack Sparrow. Chętnie wierzę i natychmiast zamawiam butelkę rumu dla załogi. To na dobry początek. Zespół gra, młodzież z amerykańskiego brygu widać jest tu dłużej, bo w znakomitych nastrojach szaleje na parkiecie (gliniana polepa). Jest atmosfera.

Zostajemy do trzeciej nad ranem, choć za kilka godzin mamy w planie eskapadę w głąb wyspy. Udajemy się do reklamowanej atrakcji – wodospadu. Jest wyraźnie mniejszy niż oczekiwaliśmy, ale ogromne wrażenie robi roślinność. Nadzwyczajnie bujna, soczysta, zielona.

Kingstown (4)

Tym razem przemieszczamy się jedynie o 30 mil na południe. Cmujemy na bojce w pobliżu stolicy ST. Vincent – Kingstown. Spacerujemy po ogrodzie botanicznym, zwiedzamy miasto. Uwagę przyciąga niezwykłej urody katedra St. Mary. Zbudowana w 1823 r z cegły wykutej z kamienia wulkanicznego. Architekt udanie połączył elementy architektury romańskiej, gregoriańskiej oraz islamskiej. Zatrzymujemy się w restauracji nawiedzanej przez lokalnych mieszkańców, zamawiamy cos na kształt miejscowych naleśników z mięsnym farszem i przprawami, znakomite.

Grenadyny (5)

St. Vincent i Grenadyny to jeden organizm państwowy, ale podchodząc już do największej wysepki Grenadynów – Bequi widać istotne różnice w szacie roślinnej. Naszym oczom ukazują się widoki znane z kolorowych pocztówek: piaszczyste plaże, palmy pochylone od wiatrów, hamaki. Zatrzymujemy się degustując ‘frutti di mare’, podziwiając rafy koralowe, sącząc Pina Coladę i słuchając calypso w takich miejscach jak:

 Autor tekstu : Piotr Kludka - Kapitan Jachtowy


 

REZERWUJ MIEJSCE ! - Z NAMI WYPŁYNIESZ na szerokie wody !



 
statystyka